Mayday, mayday, gdzie się podziały drzewa w Warszawie?

_BAR0161

Są tacy, którzy twierdzą, że dla mężczyzn toaletą jest cały świat. Odwrócą się i już znajdują dogodne miejsce. Nie jest to prawda w najmniejszym stopniu i niniejszym chciałbym zadać temu kłam.
Otóż tak już mam, że w dużym stresie, a nawet tym trochę mniejszym odczuwam upierdliwy nacisk na wewnętrzną ściankę pęcherza moczowego i choćbym nie wiem jak mocno uruchomił energię Chi, to i tak muszę pójść na stronę. Nie jest to jednak sprawa łatwa, zwłaszcza w drodze na arcyważne (dla mnie) seminarium naukowe, które miało odbyć się w Warszawie i to samym jej sercu, czyli na Nowym Świecie. Seminarium na 11:00, ja w aucie na rogatkach Warszawy ok. 8:50, co oznacza, że dwie godzinki zapasu w zupełności wystarczą. Nikt mi jednak nie powiedział, że godzina 9:00 w poniedziałek, to w stolicy czas ekstremalnego szczytu i prędzej człek rowerem dojedzie w dowolne miejsce niż własnym automobilem. Zjeżdżam jednak pełen naiwnej nadziei z A2 w kierunku na Centrum i już po 2 minutach wiem, że to był spisek, utknąłem na Połczyńskiej.

Ciśnienie w normie, stres narasta, więc czuję, że powoli muszę. Żółwim tempem płynę dobre pół godziny mijając a to serwis Volkswagena, a to salon Audi, to znów Podłogi 24, albo Centrum Karniszy. Kibla brak.
Rozważam po drodze różne warianty na siku, ale ponieważ co chwila mijam też budowę, jakby od zakończenia wojny wciąż trzeba było tę umęczoną stolicę odbudowywać, liczę na zwykły Toi-Toi. Jest, mówię do szyby i lekko, ale wciąż w myślach, uchylam zaworek; jest ta niebieska, upragniona komnata westchnień.

Niestety, gdy już byłem w odległości 50 metrów ten zasrany interes zamienił się w bankomat Euronetu. No nijak się tam nie zmieszczę. Jadę dalej, ból umiarkowany, ale rosnący. Wpadam na drugi pomysł. Zatrzymam na awaryjnych w zatoczce, albo na pasie zieleni, znaczy się o tej porze roku, to pasie błotnej bieli i wyskoczę na budowę. Plan się niestety rypnął, ani drzewa, ani płotu, za który można się schować, wszędzie te durne reklamy, a na nich uśmiechnięta rodzinka odbierająca klucze do swojego M. Widzę ofertę, Twój pokój już od 235.000. Gotów jestem już zapłacić, ale skoro piszą, że to tylko pokój, to może bez kibelka, nie ryzykuję.

Jadę dalej, oczy zachodzą mgłą, jest już na serio niedobrze. Po godzinie zjeżdżam z Połczyńskiej. Przydrożne przedsiębiorstwa nie pomagają, znowu mijam myjnię ręczną i widzę jak tryska po samochodach woda, Kościół Starokatolicki – nie wypada. Wpadam na Kasprzaka, czerwone, zielone, czerwone zielone, a ja nadal w takiej samej odległości. Mijam Wyższą Szkołę Rehabilitacji, jeszcze chwila i mnie tam odwiozą, jako materiał do badań studenckich. Żadnej zatoczki, drzewa, nawet krzaczka, kto to wszystko wyciął i kiedy? Warszawa mi nie pomaga, wszystko przeciwko mnie. Żebym chociaż tak miał słoik, ale ja przecież tu tylko na jeden dzień. Może skręcę w Ordona? Nie, tam jest komplet i nie ma drzew. Wybieram więc kolejną i zaczynam majaczyć Dniem Świra

Szukam choćby tego jednego drzewa, krzewu, zagajnika
Jest, są, krzewy tuż przede mną.
Jak mogłem ich nie dojrzeć, jak rozbitek brzegu
Cały świat mi maleje do tych kilku gałązek wystających z ziemi
Więc pobiegnę do nich, i wszystko im powiem
Nawigator bez statku, bez tchu
Mayday, mayday wołam do tych ostatnich skrawków warszawskiej zieleni
….
Chyba odpływam, jak Adaś Miałczyński na lekcji polskiego.

Są krzaki, całe 8 metrów krzaków. Zatrzymuję na zakazie parkowania, ale że stoi tu już 10 aut może się uda. Zaworek już nie tylko mentalnie odkręcony, ledwo wysiadam z samochodu, biegnę miedzy nagie zarośla i budynek jakiejś instytucji, czy firmy. Już się opieram ręką o ścianę i nagle o zgrozo, dokładnie na wysokości moich kolan siedzi Pani i wygląda ze zdziwieniem zza monitora. Uciekam krzak dalej, ale tam też okno i siedzi facet. Motyla noga, jestem w mieście, w którym są najwyższe biurowce w Polsce i musiałem trafić na tych, co pracują przy oknach w suterenie. Ja pitolę, nie wytrzymam. Pęcherz już dawno osiągnął modelowy poziom, jak przed badaniem USG jamy brzusznej. Ostatni krzak, ostatnia gałązka wyczekująca wiosny kończy się równo z oknem i budynkiem. Nie mam szans, poddaje się. Wybieram metalowy płot zaprojektowany, jak pionowy grill, bez krzaków, ale za to z kamerą przemysłową. Mają mnie! Ciśnienie i tak nie pozwoliłoby mi wrócić do auta. Na dodatek na tym samym białym skrawku niezabetonowanej przyrody pojawiła się jak wyrok Pani z pieskiem. Ten to ma luz pomyślałem, podnosi nogę przy byle kamieniu lub drewnopodobnym kikucie i już.

Trudno, nie mam wyjścia, przyłączę się w tym odwiecznym prawie natury do mojego brata mniejszego. Lecz, by choć trochę poczuć się ucywilizowanym homo sapiens w myślach powtarzam sentencję Mrożka „Nauka nie zna wstydu”. Przecież wstydzić będę się dopiero za dwie godziny po prezentacji moich naukowych dociekań, a nie teraz. Przymykam powieki i jak mantrę cytuję dla odmiany Gombrowicza, który jak nigdy, akurat teraz jest jak najbardziej na miejscu „Pustka. Pustynia. Nic. Ja sam tutaj jestem. Ja sam”.

Co za ulga … dobrze, że człowiek czasem coś mądrego poczyta …
Fot. Darek Bareya

9 komentarzy do “Mayday, mayday, gdzie się podziały drzewa w Warszawie?

  1. Jak by to była kobieta, to od razu by zauważyła centrum handlowe (Reduta) ;)
    A tak, to tylko kościół starokatolicki tuż obok….
    Ale nie było by za to takiej intrygującej notki.

    • Fakt nie widziałem galerii, ale miałem też plan zajechać do jakiejś firmy, jednak wszędzie wjazd tylko na kartę członkowską, a ja mam tylko paszport Polsatu :)

  2. A jak Ci się podoba jutrzejsze komercyjne święto zakochanych? Może jakiś wpis o tym będzie . Pod tytulem gdzie sie podział zdrowy rozsądek? Albo poszukiwacze mózgu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>