Non, je ne regrette rien … choć trochę mi wstyd

_DSC4186

Trenuję karate no … wiele już lat i jestem przekonany, że pragnieniem każdego karateki na świecie oprócz nieustającego doskonalenia się jest także złożenie osobistego hołdu twórcom sztuk walki. Jedni więc odwiedzają w Japonii grób Gichin Funakoshiego inni zaś Masutatsu Oyamy, czy legendarny cmentarz 47 roninów. To właśnie twórca współczesnego karate, Funakoshi nauczał, że karate zaczyna się i kończy na uprzejmości, więc i każdy trening zaczyna się od ukłonu również w stronę twórców walki wręcz, którzy dziś spotykają się na Wiecznym Gasshuku w Niebiańskim Dojo. To przecież nasza historia, tradycja i etykieta, której kultywowanie łączy w specyficzne więzi, które my nazywamy także dziś drogą bushido. Ale to nic nadzwyczajnego.
Tancerze baletowi marzą o występach na scenach rosyjskich teatrów, ale kiedy ich marzenie się spełni także chcą zapalić świeczkę swoim mistrzom, do których na pewno zaliczyć można Agrippinę Waganową, której znicz ze światełkiem od 66 lat stawiają jej wielbiciele i uczniowie na cmentarzu Wołkowskim w Petersburgu. Idąc tym tropem można przypuszczać, że marzeniem piłkarzy jest zagrać choć jeden mecz na Camp Nou lub Estadio Azteca. Na całe szczęście dla kopaczy futbolówki największe piłkarskie sławy żyją i mają się całkiem dobrze, począwszy od Pele, przez Maradonę a skończywszy na Lewandowskim, którego nazwisko bez zająknięcia i najmniejszego zniekształcenia powtarzają wszyscy miłośnicy futbolu na świecie, o czym miałem się przekonać na przykład w zwykłym barze sushi w sercu Tokyo.
Są i wreszcie takie miejsca, gdzie już w ciszy i pełnej zgodzie spoczywają szczątki twórców, których muzyka łączyła pokolenia, choć reprezentowane przez nich sekwencje bitów były na całkowicie odmiennych biegunach sztuki wokalnej, że wspomnę tu chociażby Édith Piaf i Jima Morrisona. Ich mogiły są też miejscem nieustających pielgrzymek, a upaleni skrętem fani The Doors pewnie nie raz mijają się na cmentarnych alejkach Père-Lachaise z nucącymi pod nosem najsłynniejszą pieśń „La Môme Piaf”, czyli Małego Wróbelka „Non, je ne regrette rien”. Ilu z nas tak może jednak sobie szczerze powiedzieć – Nie, niczego nie żałuję?
I to jest w tej całej sztafecie pokoleń najpiękniejsze, wręcz wzniosłe. Autorytety, mistrzowie, wielcy twórcy pojawiają się na chwilę i odlatują, a to co pozostawiają po sobie staje się dla innych natchnieniem, drogowskazem lub choćby chwilowym schronieniem dla zmęczonych już myśli szukających odpowiedzi na filozoficzne pytanie Gottfrieda Wilhelma Leibniza „Dlaczego istnieje raczej coś, niż nic”?
Niestety tę całą pozytywną kontemplację burzy jak but tragarza lub gąsienica czołgu poniewierająca rodową porcelanę (o czym tak pisał Stanisław Barańczak) przymus kultu obrazom i pomnikom. Państwo Polskie od 966r roku (już nie pogańskie) zakręciło koło historii z takim zamachem, że bogów, bóstw i bożków mamy dziś więcej niż w całej historii wszystkich pogańskich wspólnot. Aby w tym wszystkim się jednak nie pogubić, jedynie oświeceni rycerze „dobrej zmiany” niosą nam zbłąkanym elementarz prawdziwego rozumu. Ja zaś hołdując przewadze rozumu i nauki nad zabobonem podejmuję akademicki wysiłek poznania, bo choć mózg otrzymałem w standardzie przeciętnego Homo Sapiens, to jednak nad intelektem muszę się natyrać samodzielnie. Bywa więc, że siłuję się w bibliotece nad książką lub tekstem kogoś, kto może miał i podobny do mojego dylemat istnienia. Ostatnio trafiłem na niezwykłe odkrycie – samobójstwo przez mumifikację. Ponoć mnisi buddyjscy chcąc być szybciej i bliżej oświecenia wypijali jakiś trujący napój, który nie tylko pozbawiał ich duszę na zawsze kontaktu z ciałem, ale też przy okazji pozostawiał po sobie zmumifikowane ciało nosiciela mózgu dającemu mu pozornie, jak się okazało, nieograniczone możliwości w rozwijaniu zdolności umysłowych. Jak widać czasem i małym szarym komórką (z których chyba najbardziej dumny był Herkules Poirot) zdarza się przedawkować. Trzeba więc o pomoc poprosić bogów, jak Herkules Zeusa, a mówiąc tak bliżej racjonalności – korzystać z uznanych autorytetów. Łatwiej się kroczy drogą podpierając naukowym autorytetem, nie tylko, dlatego, że praca staje się dojrzalsza, ale także dlatego, że każde nowe odkrycie (jak nauczał Ossowski Stanisław) wyrasta po prostu z aktualnego stanu wiedzy. Arenom i stadionom nadaje się imiona wybitnych sportowców, salom wykładowym i bibliotekom imiona wybitnych naukowców. Mamy więc bibliotekę im. Humboldta, Lancastera, Tayloriana, Hooke itd. Taka tradycja jest również w Polsce. Na przykład Biblioteka SGGW w Warszawie nosi imię Władysława Grabskiego. Wszystkie te nazwy nawiązują do naukowych tradycji głównych dziedzin, w których kształcą się studenci prawa, agrobiznesu, nauk o ziemi, socjologii itd. Są jednak i wyjątki. Wyjątki, które aż wołają o pomstę do … już chciałem napisać nieba, ale że to nic nie da, to napiszę po prostu, że są niezrozumiałe nawet dla laika, no chyba, że ów jest wyznawcą wiedzy objawionej i naukowa logika mu nie konieczna. Otóż od marca 2017 roku Biblioteka Główna Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni nosi imię Lecha Kaczyńskiego. I niechaj teraz narodowi wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swojego wybitnego w imieniu biblioteki mają. Tyle, że ten „wybitny” ma tyle wspólnego z Polską Marynarką Wojenną, co Kant z kanciarzami i Marks z marksistami…

I teraz trochę mi wstyd. Wstyd za tych, którzy politycznie zaanektowali nawet krypty na Wawelu i za siebie, że mnie to w ogóle obchodzi. Macham więc sobie piórem, jak Kmicić szabelką, ale coraz mnie to mniej bawi a bardziej smuci. Wracam więc myślą do mnichów, którzy popełniali samobójstwo, by przyspieszyć drogę do oświecenia. Mi aż tak się nie spieszy, choć coraz bardziej rozumiem tych, którzy racjonalnie zamiast mumifikacji za życia wybierają hibernację, do czasów bez tej całej mądrej elity, która stawia setki pomników płytkim ideom, nie bacząc chyba na to, że właśnie za to pogan dosięgnął kielich świeconej wody i krzyżowy miecz, dając kres bałwochwalstwu, choć niestety nie intelektualnemu lenistwu.

Odchodzą więc ludzie z radia, telewizji, przestrzeni publicznej i kulturalnej, bo każda najdrobniejsza ich forma sprzeciwu kończy się szubienicą obelg i sznurem hejtu. Odchodzą w milczeniu nucąc pieśń Małego Wróbelka, która już kiedyś była symbolem nie tylko refleksji na życiem, ale i sprzeciwu … no to może i ja sobie poczekam.

Fot. Darek Bareya

Jeden komentarz do “Non, je ne regrette rien … choć trochę mi wstyd

  1. Kartezjusz tłucze czaszką w krypcie, trafnie myślę zadając pytanie -Cogito ergo sum?! Chyba właśnie tylko Poirot wiedział co autor miał na myśli. Smutne, bo dzisiaj nie dość, że myślenie jest zjawiskiem deficytowym, to słowo autorytet jest jak najbardziej abstrakcją. Od „góry” poczynając.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>